- Ceres! - przywołał mnie do siebie ręką mój... przyjaciel? Nawet nie jestem pewna czy mogę go tak nazywać, w końcu prawie go nie znam... Nie mogę też powiedzieć bym czuła się przy nim bezpieczna. Kogokolwiek bym tu nie spotkała, wszystkie moje zmysły krzyczały "Uciekaj!". Co więcej, wszyscy patrzyli się na mnie jakbym była kosmitą, który spadł i przypadkowo wylądował właśnie tutaj.
- O co chodzi? - powstrzymałam się od zirytowanego westchnięcia. Codziennie, dzień w dzień, Karay prosił mnie o przysługę. Oczywiście, że nie mogłam mu odmówić. Pokazał mi całe miasto, i pomógł mi zrozumieć jego funkcjonowanie. Cóż, jestem mu coś winna.
- Królowa chce się z tobą spotkać. - Karay nerwowo bawił się jakimś sznurkiem, zupełnie jakby to była zła nowina. Przecież... Dobra, dobra, to zła nowina. Kiwnęłam głową i ruszyliśmy w stronę pałacu. Jak zawsze, wszyscy gapili się na mnie jak na kosmitkę. Czy to dlatego, że mam czarne włosy, w przeciwieństwie do wszystkich mieszkańców tego miasta? Każdy, dosłownie każdy, miał tu brązowe włosy, i także brązowe lub zielone oczy. Tylko ja jedyna miałam czarne. W dodatku do tego, nie miałam bladego pojęcia kim, ani skąd jestem. Tam, gdzie powinnam mieć wspomnienia, miałam dziurę. Nic tylko jedną, wielką, czarną dziurę. Byłam jednak pewna, że coś powinno tam być. Pytaniem, które ciągle sobie zadaje, jest "co?".
- Wasza Wysokość. - ukłoniłam się niezdarnie, a Karay pośpieszył się i wyszedł. No bo od czego są przyjaciele, gdy się ich potrzebuje? Od zwiewania, że aż się za nimi kurzy. Nie, czekaj, właśnie ustaliłam, że nie jest moim przyjacielem. Królowa spojrzała na mnie równie, a może nawet bardziej przenikliwym spojrzeniem niż Karay. Moje zmysły, jeszcze głośniej i wyraźniej niż zazwyczaj, wrzeszczały "uciekaj" a ja z trudem powstrzymałam się od wyjścia tą samą drogą co mój znajomy.Ona zdecydowanie jest moim wrogiem. To musi być mój wróg. Powinnam uciekać, ponieważ ona nie jest wrogiem, którego mogę pokonać w pojedynkę. Mimo to, stałam tu, ledwo powstrzymując się od już wcześniej wspomnianej ucieczki.
- Ceres. - jej głos, był równie majestatyczny jak cała reszta. Królowa była ubrana w piękną suknię, udekorowaną białymi piórami. Jej długie, jasno brązowe włosy pięknie układały się na jej ramionach, a szmaragdowe oczy pięknie pasowały do korony, która została udekorowana wszelkimi klejnotami, od których odbijało się światło. Jednak w tych pięknych oczach czaił się nieskończony chłód, a jej bezlitosne spojrzenie spoglądało w moją duszę. Przypominała mi chłopaka, który mnie obudził z kilkumiesięcznej śpiączki, jak się okazało. Czyżby to był jej syn? Bardzo ją przypominał, aczkolwiek mogłabym stwierdzić, że każdy młody chłopak w tym mieście przypominał królową.
- Ma pani, czemu mnie Wasza Wysokość wezwała? - słowa które niemal ugrzęzły mi w gardle, poniosły się echem po sali tronowej.
- O co chodzi? - powstrzymałam się od zirytowanego westchnięcia. Codziennie, dzień w dzień, Karay prosił mnie o przysługę. Oczywiście, że nie mogłam mu odmówić. Pokazał mi całe miasto, i pomógł mi zrozumieć jego funkcjonowanie. Cóż, jestem mu coś winna.
- Królowa chce się z tobą spotkać. - Karay nerwowo bawił się jakimś sznurkiem, zupełnie jakby to była zła nowina. Przecież... Dobra, dobra, to zła nowina. Kiwnęłam głową i ruszyliśmy w stronę pałacu. Jak zawsze, wszyscy gapili się na mnie jak na kosmitkę. Czy to dlatego, że mam czarne włosy, w przeciwieństwie do wszystkich mieszkańców tego miasta? Każdy, dosłownie każdy, miał tu brązowe włosy, i także brązowe lub zielone oczy. Tylko ja jedyna miałam czarne. W dodatku do tego, nie miałam bladego pojęcia kim, ani skąd jestem. Tam, gdzie powinnam mieć wspomnienia, miałam dziurę. Nic tylko jedną, wielką, czarną dziurę. Byłam jednak pewna, że coś powinno tam być. Pytaniem, które ciągle sobie zadaje, jest "co?".
- Wasza Wysokość. - ukłoniłam się niezdarnie, a Karay pośpieszył się i wyszedł. No bo od czego są przyjaciele, gdy się ich potrzebuje? Od zwiewania, że aż się za nimi kurzy. Nie, czekaj, właśnie ustaliłam, że nie jest moim przyjacielem. Królowa spojrzała na mnie równie, a może nawet bardziej przenikliwym spojrzeniem niż Karay. Moje zmysły, jeszcze głośniej i wyraźniej niż zazwyczaj, wrzeszczały "uciekaj" a ja z trudem powstrzymałam się od wyjścia tą samą drogą co mój znajomy.Ona zdecydowanie jest moim wrogiem. To musi być mój wróg. Powinnam uciekać, ponieważ ona nie jest wrogiem, którego mogę pokonać w pojedynkę. Mimo to, stałam tu, ledwo powstrzymując się od już wcześniej wspomnianej ucieczki.
- Ceres. - jej głos, był równie majestatyczny jak cała reszta. Królowa była ubrana w piękną suknię, udekorowaną białymi piórami. Jej długie, jasno brązowe włosy pięknie układały się na jej ramionach, a szmaragdowe oczy pięknie pasowały do korony, która została udekorowana wszelkimi klejnotami, od których odbijało się światło. Jednak w tych pięknych oczach czaił się nieskończony chłód, a jej bezlitosne spojrzenie spoglądało w moją duszę. Przypominała mi chłopaka, który mnie obudził z kilkumiesięcznej śpiączki, jak się okazało. Czyżby to był jej syn? Bardzo ją przypominał, aczkolwiek mogłabym stwierdzić, że każdy młody chłopak w tym mieście przypominał królową.
- Ma pani, czemu mnie Wasza Wysokość wezwała? - słowa które niemal ugrzęzły mi w gardle, poniosły się echem po sali tronowej.